Wiadomości

stat

Kompromis w sprawie Młodego Miasta. Trudny czy wręcz niemożliwy?

Wszyscy się zgadzają, że Młode Miasto powinno się rozwijać. Zatem co opóźnia ten rozwój? - pytał w czasie debaty "Młode Miasto. Wspólne dziedzictwo. Wspólna przyszłość" jej moderator Zbigniew Canowiecki z organizacji Pracodawcy Pomorza. Po kompletnie niezbliżającej do kompromisu prezentacji różnych opinii prof. Antoni Taraszkiewicz, architekt, podsumował: Powinniśmy zawiesić nazwę Młode Miasto, bo ani to miasto, ani młode.



Czy Młode Miasto powstanie?

tak i to w najbliższych latach

35%

tak, ale dopiero za kilka dekad

45%

nie, nigdy

20%
Dyskusja na temat sposobów zagospodarowania postoczniowych terenów trwa od wielu lat. Powstały grube tomy opracowań, zobrazowano wiele koncepcji, zorganizowano kilkanaście konferencji i debat na ten temat. Przeszłość opisana została w szczegółach, a przyszłość rozrysowana na różne sposoby. Jednak temperatura dyskusji, która odbyła się na Politechnice Gdańskiej pokazała wyraźnie, że najtrudniej będzie wypracować metodę, która doprowadzi do porozumienia pomiędzy interesariuszami. Strony, które powinny w tej sprawie dążyć do wspólnego celu, wypominając sobie wzajemne "przewinienia", coraz mniej owijają konflikt w miłe słowa o chęci współpracy.

Czytaj więcej: jakie projekty powstają dla terenu Młodego Miasta

Jak najprościej zdefiniować problem? Tereny są w rękach prywatnych inwestorów, którzy chcą rewitalizować i budować. Tym planom sprzyja miasto, które chce się rozwijać, choć - patrząc choćby na cztery wieże Bastionu Wałowa - nie zawsze jest to rozwój najwyższej klasy. Służby ochrony zabytków w tym samym czasie prowadzą działania, które mają na celu wpisanie większości postoczniowych terenów do rejestru zabytków (częściowo już to wykonano), ochronę wynikających z historii wartości niematerialnych oraz pozostałej na tych terenach struktury: obiektów oraz stoczniowej przestrzeni i krajobrazu.

Naukowcy liczą straty



Publicznie wiele do tej pory powiedziano o tym, jak Młode Miasto może być zagospodarowane - w kontekście budynków i ochrony pamięci o Solidarności. Niezrealizowane dotąd plany budzą w wielu osobach rozczarowanie. W czasie debaty prof. Krystyna Dziworska z Katedry Inwestycji i Nieruchomości Uniwersytetu Gdańskiego przedstawiła dodatkowo twarde dane, które pokazują rozmiar strat.

Liczone w kontekście społecznym dotyczą one zaniedbań w utrwalaniu dziedzictwa historycznego, przez co mieszkańcy i turyści z niego nie korzystają, nie dowiadują się o nim i nie mogą go w pełni "dotknąć". W ten sposób utracona zostaje aktywność obywatelska, społeczeństwo nie może skorzystać z kreatywności, jaka mogłaby się na tym obszarze rozwijać, a wszystko to wpłynęłoby przecież na poprawę wizerunku miasta.

- Koszty zaniechania to koszty utrzymania tego terenu i strat, jakie wynikną z braku dochodów. Gdyby inwestorzy posiadający grunty na tym terenie ulokowali zamrożone w nich pieniądze na lokatach, to ich roczny dochód wyniósłby 36 milionów złotych - wyliczyła prof. Dziworska. - Przewiduje się, że Młode Miasto zatrudni 50 tysięcy nowych pracowników, a pamiętajmy, że na tym nie koniec, bo nowe inwestycje wygenerują kolejne inwestycje, nową ofertę produktową i usługową. Straty tych dochodów szacujemy na 150 mln zł miesięcznie. To oznacza wstrzymanie wzrostu zamożności społeczeństwa. Utracone korzyści fiskalne to około 20 mln zł rocznie, a straty nakładów na rozwój infrastruktury to około 500 mln zł.
Prof. Piotr Lorens, prezes Towarzystwa Urbanistów Polskich, który przygotował w ostatnich latach kilka opracowań na temat historii i zagospodarowania terenów postoczniowych w Gdańsku uczula, że nie wszystkie miasta na świecie z sukcesem przeszły drogę zagospodarowania terenów poprzemysłowych.

- Jest zgoda, że powinien to być żywy, zintegrowany teren. Ale co, jeśli nie uda nam się wypracować kompromisu? Taki problem ma Glasgow, które poza kilkoma obiektami użyteczności publicznej na terenach poprzemysłowych ma pusty teren. Takie zaniechanie wiąże się z kosztami - uczula.
Prof. Sławomir Gzell z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, prezes Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN prosto ujął zasadnicze pytanie: budować czy nie budować?

- Berlin jest najbliższym nas miastem, gdzie prowadzono dyskusje, czy miejsce po murze zostawić w formie pustki czy nie. Berlińczycy zadecydowali, by ją zabudowywać, a upamiętnienie historii odbywa się w inny sposób. Zabytkowe artefakty typu szyny, dźwigi, inne elementy powinny zostać. Zdolny projektant i mądry inwestor będą wręcz szukali takich elementów, by je zachować i wyeksponować, bo będą świadczyły o tym, że jest to nowa-stara przestrzeń - mówił.

Inwestorzy chcą być usłyszani



Inwestorzy do budowania są gotowi. Realizację inwestycji na terenach postoczniowych umożliwiają im uchwalone miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Jednak znaczna część terenów wpisana jest (lub niebawem będzie) do rejestru zabytków, co oznacza, że każdy projekt musi być uzgodniony ze służbami konserwatorskimi.

- W tej chwili jest 20 różnych właścicieli dawnych terenów postoczniowych, w znakomitej większości to podmioty prywatne. Uzgodniły one wspólną deklarację, została ona podpisana i definiuje, w jaki sposób mamy zamiar działać wspólnie jako inwestorzy i interesariusze - mówił Krzysztof Sobolewski, prezes spółki Shipyard City Gdańsk, która jest właścicielem znacznej części terenów postoczniowych, co do których właśnie toczy się procedura wpisu do rejestru zabytków. - Tymczasem to kolejna konferencja poświęcona terenom postoczniowym, na której nie jest obecna minister Gawin [Generalny Konserwator Zabytków - red.]. Procedura wpisu została wszczęta 4 grudnia ubiegłego roku [na części terenów postoczniowych - red.], my ten rok spędziliśmy bardzo pracowicie, mamy wiele opracowań, została wykonana analiza przestrzenna, ale nie mamy forum, by porozmawiać ze stroną rządową, zaprezentować, czego oczekujemy i co możemy zaoferować. Bylibyśmy nawet gotowi brać udział w przygotowaniu wniosku o wpis tych terenów na listę UNESCO, gdyby rozmowa na ten temat odbyła się z nami dwa-trzy lata temu.
Potrzebę przyspieszenia tempa prac nad przygotowaniem planów wyraził także Gerard Schuurman, reprezentujący właścicieli terenów Stoczni Cesarskiej, która wpisem już jest objęta.

- Zaczynamy w przyszłym roku prace przy budynku dyrekcji. To nie będzie dochodowe, to będzie raczej strata. Przekazaliśmy także jeden z naszych budynków na Muzeum Sztuki Współczesnej. Ale teraz jest moment, kiedy musimy ustawić wszystkie szczegóły dotyczące naszego masterplanu, chcielibyśmy to zrobić w ciągu dwóch miesięcy.
Wtóruje mu Mirosław Nowak z firmy deweloperskiej Echo Investment, która na działce tuż za ECS chce wybudować biurowiec zobacz na mapie Gdańska.

- Ta cała dyskusja jest spóźniona, powstał plan, zostały wydane pozwolenia na budowę, na przykład dla naszego obiektu. Czekamy na możliwość rozpoczęcia i inwestycji i widzimy, jak ten moment coraz bardziej odsuwa się w czasie.
- Próbujemy zaproponować rozmowę merytoryczną na etapie przygotowania wpisu. To dla nas fundamentalne, by wypracować wpis, którego nie będziemy zaskarżać i który będzie kompromisem. Tymczasem ten wpis powstaje w zaciszu gabinetu. W tej sytuacji inwestorom nie pozostanie nic innego, jak ten wpis zaskarżyć, a wiemy, że takie zaskarżenia są skuteczne. Jeszcze raz proszę: spotkajcie się z nami. My jesteśmy gotowi. Niech pani konserwator nie dokonuje wpisu bez spotkania z nami. Bez możliwości dialogu z panią ja nie mam innej możliwości, jak skarżyć pani decyzje. A przecież szkoda czasu i pieniędzy na prawników - bezpośrednio zaapelował Krzysztof Sobolewski.

Ochrona zabytków ratuje, co zostało



Wpis to rejestru zabytków, który de facto oznacza ochronę dla budynków i przestrzeni, to niejedyne działania, jakie są prowadzone, by zachować postoczniowe dziedzictwo. Równocześnie prowadzone są działania, by Stocznia Gdańska uznana została Pomnikiem Historii, co bardziej podkreśli rangę tego miejsca, niż zapewni kolejne narzędzia do ochrony zabytków. W Instytucie Dziedzictwa Narodowego przygotowywany jest także wniosek o wpis terenów na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

- To nie jest miejsce, które powinno być tylko zrewitalizowane. Musimy pamiętać, że jest ono wyjątkowe dla mieszkańców Gdańska, Polski, Europy, a nawet całego świata ze względu na to, że ruch Solidarności, który został tu zapoczątkowany miał wpływ na zmiany geopolityczne. Chcielibyśmy o tych wyjątkowych wartościach mówić nie tylko w kraju, ale także na świcie, by historia tego miejsca została zapamiętana. Dlatego trwają prace nad wpisaniem tego terenu na Listę Światowego Dziedzictwa. Wniosek i plan zarządzania tym terenem musi być złożony do 1 lutego 2019 roku. Decyzja zapadłaby na przełomie czerwca i lipca 2020 roku. Będziemy się starali udowodnić, że Stocznia Gdańska jest wyjątkowym przykładem rozwoju przemysłu stoczniowego na tym terenie. Z naszego punktu widzenia najważniejsze są wartości związane z ruchem Solidarności. Korzyścią z uzyskania tytułu jest wielki prestiż, są badania, które pokazują, jak duży wpływ na rozwój takiego terenu ma uzyskanie tytułu - relacjonował działania Narodowego Instytutu Dziedzictwa Bartosz Skaldawski, p.o. dyrektora tej instytucji.
Agnieszka Kowalska, pomorska wojewódzka konserwator zabytków podkreślała z kolei, że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze.

- Zapytajmy: czy Gdańsk potrzebuje zabytków i czy Gdańsk potrzebuje, by Stocznia Gdańska była zabytkiem? Myślę, że Gdańsk potrzebuje Stoczni Gdańskiej jako zabytku. Ciężko mierzyć się z korzyściami, które wymieniane są w kontekście rozwoju, ale z drugiej strony są wartości, które są niepoliczalne. Wymienione zostały tu koszty, jakie ponosimy, a jak policzyć straty niematerialne? Przez lata temat ochrony konserwatorskiej na tym terenie był zaniechany, te postępowania trwają teraz. Istnieje obawa, że ochrona konserwatorska spowoduje zahamowanie wszelkich inwestycji na tym terenie, ale to nie jest intencją żadnej osoby ze służb konserwatorskich, bo te zabytki potrzebują zagospodarowania, by przetrwać - tłumaczyła Agnieszka Kowalska. - Z mojego punktu widzenia też jest ważne zakończenie wpisu do rejestru, bo dopiero potem będzie możliwe dyskutowanie na temat zagospodarowania materii zachowanej na tych terenach. Wpis nie znaczy, że krajobraz czy panorama nie może się zmienić. Ale muszą one kształtować się w sposób świadomy, a tak nie działo się do czasu, kiedy nie mieliśmy żadnej ochrony konserwatorskiej na tym terenie.
Konserwator wojewódzka podkreślała też, że inwestorzy mylą dwie procedury: tę w ramach której dokonywany jest wpis, i tę, w ramach której mogą oni przedstawić do konsultacji służb konserwatorskich swoje projekty. Zasugerowała, że w tej drugiej sprawie otwarta jest na rozmowy.

Włodarze czują się pomijani



Władzę, jaką w ramach uzgodnień projektu ma konserwator, coraz dobitniej krytykują władze miasta. Wiceprezydent Wiesław Bielawski apelował nawet, by konserwatorzy nie wchodzili w kompetencje architektów i urbanistów.

Czytaj także: gdańskie zabytki wracają pod nadzór konserwatora wojewódzkiego

- Na terenie Młodego Miasta może powstać 1 milion 400 tysięcy metrów kwadratowych nowej powierzchni, z tego 20 procent byłyby to mieszkania. Czyli 15-20 tysięcy osób mogłoby tam zamieszkać. Są tam rezerwy terenowe pod budowę szkoły, żłobka, nawet był pomysł na rezerwację terenu dla kościoła, ale hierarchowie ostatecznie się z tego wycofali. Tak, miasto Gdańsk chce się rozwijać, te tereny powinny być pełne nowych mieszkańców. Pogodzenie dziedzictwa ze współczesną architekturą jest możliwe. Ale w procedurze uzyskania pozwolenia na budowę potrzebne jest uzyskanie zgody konserwatora. Władza tej administracji rządowej jest ogromna - mówił Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska. - Koniunktura nigdy nie trwa wiecznie. Już teraz widać, że tereny postoczniowe nie załapią się na obecną koniunkturę i będziemy czekać na kolejną. Czy to dobrze dla miasta? Że nie powstają nowe miejsca pracy, nie przybywa nowych mieszkańców Gdańska z całej Polski i zagranicy? Gdańsk traci w ten sposób szansę. To się nie odtworzy. Inwestorzy nie mają jak się odezwać, bo ustawiają się w kolejce do pani konserwator i  - w szkolnej terminologii - nie mogą jej "podpadać".
Paweł Adamowicz, podobnie jak strona inwestorska, nie krył swojego rozczarowania sposobem, w jaki jest procedowany wniosek o wpis na listę światowego dziedzictwa.

- Miasto Gdańsk trzykrotnie uczestniczyło aktywnie w przygotowaniu wniosków do UNESCO. Ostatni taki wniosek dotyczący terenów stoczniowych jest zawieszony na wniosek rządu. Stawiano w nim nacisk głównie na wartości niematerialne, z pewnymi elementami materialnymi, na przykład wymieniano bramę stoczniową numer 2 czy salę BHP. Nie należy w tym zakresie odkrywać Ameryki. Już wtedy uznano, że nie mamy szans na "przepchanie tego wniosku". Ja się dowiedziałem z mediów, że znowu składany jest wniosek do UNESCO. Jako samorządowcy nie zostaliśmy w żaden sposób poinformowani. Jak taki wniosek można procedować bez wiedzy samorządu? - oburzał się prezydent.

Potrzebna platforma współpracy



- To już trzecia konferencja na temat Młodego Miasta, a ja jestem pełen najgorszych obaw, bo wypowiedzi pana prezydenta, pani konserwator i dyrektora Instytutu Dziedzictwa Narodowego jasno pokazują, że raczej niewiele się zmieni. Istnieje wieloletni konflikt i nie ma chęci osiągnięcia kompromisu. Bez tego nie dojdziemy do żadnych konstruktywnych wniosków - podsumował prof. Antoni Taraszkiewicz, architekt. - Pozwolę sobie na pewien sarkazm: uważam, że należy na jakiś czas zawiesić nawę Młode Miasto, bo w tej chwili nie jest to ani miasto, ani młode.
Prof. Andrzej Kadłuczka z Politechniki Krakowskiej, architekt specjalizujący się w projektach konserwatorskich i adaptacjach obiektów zabytkowych przywołał jednak przykład Krakowa, gdzie kompromis okazał się możliwy.

- Kraków to miasto, gdzie tradycja spotyka się ze współczesnością na co dzień i ma się dobrze. Jesteśmy obudowani wpisami do rejestru zabytków i wpisani na listę UNESCO, a to nie przeszkadza prowadzeniu inwestycji. Udało nam się skupić wokół tego, że dziedzictwo nie jest barierą rozwoju, tylko jego fundamentem. Byłoby tu korzystnie doprowadzić do momentu, kiedy nie ma bariery pomiędzy my i oni - my, inwestorzy, i oni, którzy wymyślają wpisy.
Taki kierunek wskazuje też prof. Dziworska.

- Potrzebne jest stworzenie instytucjonalnych podstaw do stworzenia platformy współpracy pomiędzy inwestorami, konserwatorami, samorządem. To mógłby być dobry początek do osiągania kompromisu - zaproponowała.
Debata Młode Miasto. Wspólne dziedzictwo. Wspólna przyszłość
Organizatorami spotkania były Politechnika Gdańska oraz organizacja Pracodawcy Pomorza przy współpracy z Gdańską Agencją Rozwoju Gospodarczego. Debata odbyła się w Auli Politechniki Gdańskiej. Uczestniczyło w niej 20 osób reprezentujących środowiska: naukowe, samorządowe, związane z ochroną zabytków, obecni byli inwestorzy będący właścicielami gruntów na terenach postoczniowych. Wśród osób przysłuchujących się debacie znaleźli się politycy, naukowcy, inwestorzy i osoby z ich otoczenia, społecznicy, dziennikarze i mieszkańcy.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (226)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.